FELIETON: Francesco, dzięki za wszystko!

FELIETON: Francesco, dzięki za wszystko!

Pewnie domyślacie się, że każdy w redakcji musi sympatyzować z jakimś klubem na Półwyspie Apenińskim. To przecież normalne i nie zamierzam tutaj przekonywać Was, że jest inaczej. Ja dzisiaj, tym wpisem przyznaję się, który klub jest dla mnie najważniejszy w Serie A. Zapraszam do zapoznania się z trochę inną formą niż jesteście przyzwyczajeni tutaj czytać. Czyli coś prosto z serducha, felieton o Tottim, o dzieciństwie i o upływającym czasie.

Nie znajdziecie tutaj wymyślnych statystyk, przypomnienia najważniejszych bramek i meczów Francesco Tottiego. Jego sylwetkę staram się wpleść w moje odczucia jakie towarzyszą mi od początku przygody z piłką i Romą. Zapraszam. Laziale i juventinich też 😉

Kiedy Totti w marcu 1993 roku debiutował w pierwszym zespole ja liczyłem sobie sześć wiosen i o istnieniu czegoś takiego jak piłka nożna nie miałem bladego pojęcia. Do pierwszego obejrzanego przeze mnie świadomie meczu pozostawały jeszcze trzy lata. Podczas Euro 96 śledziłem wyniki Włochów bo mieli w składzie Roberto Baggio i Fabrizio Ravenelliego. Kiedy dwa lata później przez Italię przetoczyła się dyskusja na temat braku powołania Tottiego na Mundial, ja w całej swojej nieświadomości cieszyłem się, że jednak jedzie wspomniany Roberto Baggio oraz że jest Vieri. Ba, kiedy dwa lata później mój ulubiony piłkarz zmieniał Florencję na Rzym to był jedyny powód dla którego w ogóle zwróciłem uwagę na Romę. Dopiero wtedy postanowiłem się bliżej przyjrzeć klubowi, kadrze, kibicom. Ojciec opowiadał, że grał tam Boniek, że przegrali swego czasu z Górnikiem Zabrze przez rzut monetą. I żebym zwrócił uwagę na ich kapitana, bo jest niezły. Skąd to wiedział? Z Rai Uno, które mieliśmy w telewizji satelitarnej? Z Eurosportu? Czy zwyczajnie z Euro 2000 pokazywanego w publicznej telewizji? Nie wiem i już się nie dowiem, ale to przecież wtedy Francesco pokazał się światu w pełnej okazałości trafiając w serii rzutów karnych przeciwko Holandii „łyżeczką”. Po latach na jaw wyszły kulisy tej jedenastki, kiedy to próbując uspokoić Luigiego Di Biagio powiedział mu, że bezczelnie pokona „tego kolosa” (Van der Sara) właśnie w ten sposób.

Jak powiedział tak zrobił, Włosi objęli prowadzenie w konkursie 3:0 i byli już pewni miejsca w finale. Rok później jego Roma zdobyła scudetto, tytuł upragniony i (niestety) jedyny w karierze w ukochanych brawach. Bo o Tottim można powiedzieć wiele, że cham i brutal też vide sytuacje z Balotellim, Ramelowem czy Poulsenem. Że zawsze kiedy decydował się pozostać w Wiecznym Mieście otrzymywał solidną podwyżkę. W końcu, że w szatni Romy był despotą. Jednocześnie jednak jego oddanie barwom zawsze było też kartą przetargową w negocjacjach z innymi piłkarzami, na zasadzie: “zostaje Francesco będziesz miał z kim grać”. Czy też „jest biednie, ale jest też Totti, który gwarantuje pewien poziom”. I to przekonywało kolejnych graczy i trenerów do dołączenia do Giallorossich. Dzięki Il Capitano przez cały XXI wiek Roma nie wypadła z szeroko pojętej czołówki ligowej. To on był magnesem dla takich grajków jak m.in.  Amantino, Mexes, Perotta, Riise, Pjanić czy Nainggolan. Oni wszyscy i kilkunastu innych dobrze wiedzieli, że u boku „Franka” nie będą grać tylko o środek tabeli. Wraz z emeryturą Tottiego Roma traci bardzo dobrą kartę przetargową. Równoważyć ją mogą tylko rozległe kontakty nowego dyrektora sportowego. Czy tak faktycznie będzie – czas pokaże.

Totti dla rzymian jest/był nie tylko piłkarzem, ale też opoką na której klub mógł oprzeć się w trudnych czasach. Wyprzedaż po tłustych latach początku milenium ominęła tylko jego. Sensi wiedział, że pozbywając się swojego kapitana wyrzuca asa z rękawa i dżokera w jednym rozdaniu. Stąd właśnie zapewnienie mu przysłowiowego ptasiego mleczka w Trigorii.

Ze swojego punktu widzenia mogę dodać także to, że w momencie gdy klub przejęli Amerykanie i zaczęli go „meblować” po swojemu jedynymi łącznikami Romy, której zacząłem kibicować i tej ulepionej w sznycie stricte korporacyjnym był właśnie Totti wraz z De Rossim i Florenzim. Przecież Pallotta i spółka zmienili nawet herb na znak towarowy. Ta trójka oddaje to co istotne w kibicowaniu AS Romie. Duszę, oddanie, wierność i lojalność. Bo Roma na mapie calcio to nie jest tylko kolejny klub, Roma to coś zdecydowanie więcej. Nie da się tego opisać słowami, ale całkiem dobrą próbę podjął Renato Rascel kiedy w 1951 roku przerwał swoje przedstawienie, aby ogłosić widowni, że jego ukochany klub pierwszy (i jedyny) raz w historii spadł z ligi. La Roma non si discute, si Ama Roma bez dyskusji jest kochana. Bo Roma dla każdego rzymianina i każdego kibica to coś więcej niż tylko zainteresowanie wynikami. Właśnie między innymi dlatego Tottiemu tak ciężko wyjść na miasto żeby zjeść kolację w rodzinnym gronie. Bo Totti przez te ćwierć wieku stał się takim symbolem dla miasta, jak ta wilczyca w herbie (w herbie, nie w logotypie jaki widnieje na koszulkach).

I właśnie dlatego mi jako romaniście mającym za sobą sporo wyjazdów za klubem – i Tottim – ciężko strawić to jak ten czas przemija. Bo Francesco był zawsze. Jest przedostatnim łącznikiem dla mojego pokolenia z dzieciństwem. Zostaje tylko Buffon, którego pamiętam jeszcze ze starć łódzkiego Widzewa z Parmą, a już za winklem czają się synowie Diego Simeone i Enrico Chiesy – ich ojców też widziałem przy Piłsudskiego. Dorosłość w którą wszedłem parę lat temu właśnie przez futbol ciągle o sobie przypomina. Dawni bohaterowie wieszają buty na kołkach i może właśnie dlatego tak ciężko jest się mi czy też nam, urodzonym pod koniec lat 80-tych żegnać z postaciami jak Totti. Bo po pierwsze zawsze będzie postacią pomnikową, jednym z ostatnich, który wolał całe życie grać dla jednego klubu, a po drugie jego zejście ze sceny w sposób brutalny pokazuje jak przemija życie.

Cieszę się, że Francesco był w stanie „zestarzeć” się z klasą. Miniony sezon to wzorzec jak nasi bohaterowie powinni schodzić ze sceny. Żadnego dogrywania gdzieś w Hollywood, czy na pustyni w Emiratach, a wyciskanie punktów dla swojego klubu do samego końca. Także te rozgrywki udowodniły, że ten jeden rok więcej miał sens. Trzy punkty wywalczone dzięki niemu z Sampdorią do tej pory pozwalają Romie walczyć o drugie miejsce w campionato. Nie jest to oczywiście mistrzostwo, ale wobec takiego hegemona jakim stał się Juventus nawet dziarski czterdziestolatek nie pomoże. Jeszcze cztery epizody, jeszcze pewnie tak licząc w kupie ze 30-40 minut na boisku. Oglądajmy.

Grazie Capitano!

Komentarze