Gdzie w tym wszystkim jest piłka?

Gdzie w tym wszystkim jest piłka?

Parę słów o obecnej sytuacji. Na tyle, na ile potrafię. Uwaga! O piłce będzie mało, prawie że nic. Ostrzegam, czytasz na własną odpowiedzialność.

*

Zaczyna się kolejny i jak już wiemy nieostatni tydzień kwarantanny. Wszyscy znamy imię sprawcy. Korona dumnie błyszczy, choć nikt nie dał mu tytułu… Siedzimy w domach, często przerażeni lub wręcz przeciwnie – wyśmiewając zagrożenie. Jednych i drugich jestem w stanie zrozumieć. Dziś wszyscy jesteśmy jednakowo głupi, taka jest prawda. Zdążyliśmy przejrzeć całego Facebooka, obejrzeć wszystko na Netflixie czy HBO, przeczytać odkładane w nieskończoność książki, pobyć wystarczająco długo z rodziną, by mieć jej serdecznie dosyć. Oszukujemy się, że wszystko gra, chociaż dobrze wiemy, że tak nie jest. Nie chodzi tu o dramatyzowanie, powielanie paniki, która jest jak chwast – rozsiewa się sama. Raczej o zwrócenie uwagi, jeden wirus, nawet nie specjalnie morderczy (co nie znaczy, że można go lekceważyć) spowodował wywrócenie naszego świata do góry nogami. Oczywiście przysłowiowo, bo kiedy i gdzie ten świat miał ręce, a co dopiero nogi… Politycy udzielają wywiadów zdalnie, pozamykano restauracje i bary, piłka… już się nie kręci, leży kopnięta gdzieś w kąt.

W tej chwili przypomina mi się genialna anegdota dotycząca Maurizio Sarriego i pewnego sympatycznego Senegalczyka. Był to sezon 2017-18, kiedy to być może najpiękniejsze w dziejach Napoli, łudziło się, że jakimś cudem wyrwą scudetto z rąk wyjątkowo (w tym aspekcie) chytrej Starej Damy. Akcja działa się kilka godzin przed meczem Sassuolo, zaniepokojony licznymi telefonami Kalidou Koulibaly, postanowił odebrać telefon: dowiedział się, że musi natychmiast jechać do szpitala – jego żona będąca w dziewiątym miesiącu ciąży właśnie rodziła. Podstawowy obrońca neapolitańczyków udał się do trenera prosząc o zgodę, by ten pozwolił mu opuścić drużynę. Sarri w swoim stylu zaciągnął się papierosem i spokojnie odpowiedział: „Nie, nie, nie. Potrzebuję cię dziś, Kouli. Naprawdę cię potrzebuję. Nie możesz nigdzie jechać.” To nie była odpowiedź satysfakcjonująca Senegalczyka, człowieka wielkiej wiary, niezwykle przeżywającego (czemu nie można się dziwić) możliwość przegapienia jednego z najważniejszych momentów we własnym życiu. Popularny K2 nie ustępował, wręcz błagał szkoleniowca o zgodę. Wreszcie Sarri, ustąpił. Pozwolił swojemu najlepszemu defensorowi pojechać do szpitala. Po południu, w Neapolu na świat przyszedł maleńki, zdrowy synek Kalidou, Seni. Jednak to nie jest koniec tej historii. Gdzieś w okolicach godziny 15, czyli 180 minut przed pierwszym gwizdkiem meczu z Sassuolo, do Koulibaly’ego zadzwonił nie kto inny… tylko Sarri. Zapytał: „Kouli, wracasz?” i dodał – Naprawdę cię potrzebuję. Oddany klubowi sympatyczny Senegalczyk, dostając zgodę od żony, ucałował syna i pędem rzucił się ku drzwiom. Na stadion w Neapolu dotarł o czasie, rozpoczął rozgrzewkę, wszystko wydawało się normalne. Cała heca zaczęła się, gdy Kalidou wszedł do szatni, a tam zobaczył tablicę z rozrysowaną podstawową jedenastką na spotkanie… i nie było tam jego numeru. Coś w nim pękło.

-Szefie, żartujesz sobie ze mnie?

– Co? Mój wybór.

– Szefie, mój syn! Moja żona! Zostawiłem ich wszystkich, bo powiedziałeś, że mnie potrzebujesz!

– Tak, Kouli. Potrzebuję cię, ale na ławce.

*

Dlaczego o tym piszę? Otóż nie po to, by pokazać, jak specyficznym szkoleniowcem jest Sarri (którego notabene prywatnie uwielbiam – nie jest nudny). Nawet nie po to, aby przypomnieć wszystkim, że całkiem niedawno życie toczyło się normalnym rytmem. Przytoczyłem tę sytuację, żeby uzmysłowić, iż każdy z nas ma teraz jedno arcyważne zadanie. Świat nas potrzebuje. Nie byśmy z głowami w chmurach, nie widząc czubków własnych nosów, powtarzali „Nic się nie dzieje, nic się nie dzieje”, chodząc jak gdyby nigdy nic po mieście. Nie dlatego, że tak rozkazał rząd, ale dla innych. Dla najmłodszych i najstarszych – w szczególności.

Musimy sobie uświadomić pewną rzecz. Jesteśmy w sytuacji, w jakiej nikt nigdy nie był. Ostatni raz sezon przerwano z powodu wybuchu II wojny światowej. Dziś też toczy się wojna, z wrogiem, którego nie widzimy, ale jest. Pogódźmy się z tym. Walczmy. Lecz nie wychodząc na ulicę, tylko zostając w domach.

A co z piłką? Szczerze mówiąc, oglądając relacje z Lombardii, myśli o futbolu schodzą na dalszy plan… jednak jak pisała polska noblistka Wisława Szymborska: „Czemu ty się, zła godzino, z niepotrzebnym mieszasz lękiem? Jesteś – a więc musisz minąć. Miniesz – a więc to jest piękne.”

*

Wszystko kiedyś się skończy, okres pandemii również. Od nas samych zależy czy będą to tygodnie czy może miesiące… musimy przygotować się na różne warianty. Przede wszystkim powinniśmy spojrzeć na tę sytuację z innej strony. Nareszcie mamy okazję, by zastanowić się nad własną drogą jaką kroczymy. Może to ten moment, kiedy trzeba się zatrzymać i pomyśleć. Nad sobą. Przewertować system wartości. Taka okazja może się już nie powtórzyć.

A koronawirus… koronawirusem… przeminie…

Chodzi o to, by nie zwariować.

A piłka? Niech dalej kurzy się w kącie. Będzie jeszcze okazja, żeby ją wyjąć. Są aktualnie ważniejsze problemy do rozwiązania.

I możemy krzyczeć: świecie powiedziałeś, że mnie potrzebujesz!

Bo Cię potrzebuje, ale w domu.

Komentarze

arkadiusz-bogucki

Redaktor Serie A Polonia od lipca 2016 roku, fan calcio od najmłodszych lat.