Do trzech razy sztuka? Czy Filippo Inzaghi w końcu podbije Serie A jako trener?

Do trzech razy sztuka? Czy Filippo Inzaghi w końcu podbije Serie A jako trener?

Podczas kariery piłkarskiej Filippo Inzaghi słynął z ciągłej gry na linii spalonego, będąc często o milimetry za obrońcą rywali, dzięki czemu potrafił wywalczyć sobie przewagę i wpakować piłkę do siatki. Po zakończeniu piłkarskiej kariery, popularny SuperPippo odważnie ruszył na ławkę trenerską. W przygodzie przy linii nie idzie mu jednak na tyle dobrze i można wręcz powiedzieć, że w trenerce zdecydowanie częściej znajduje się na spalonym. Czy jego obecna praca w Benevento będzie w końcu punktem zwrotnym? Czy wszyscy w końcu zapomną o upokarzającym okresie w Milanie i krzyczącym na niego Silvio Berlusconim?

„Attacare, attacare!”. Nie wiemy, czy krzyczący w szatni Milanu Silvio Berlusconi śni się Filippo Inzaghiemu po nocach, jednak po pewnym czasie SuperPippo wziął sobie do serca nieśmiertelną miłość byłego prezydenta Rossonerich do piłki ofensywnej i sam stworzył maszynę do strzelania bramek. Jego Benevento jest prawdziwym potworem, który w obecnym sezonie w 28 spotkaniach zdobył 54 bramki (najwięcej w lidze) i z przewagą dwudziestu punktów prowadzi w tabeli Serie B. Awans do elity może im zaprzepaścić jedynie włoska federacja, która cały czas się miota w kwestii tego, czy sezon zostanie dokończony. Jeżeli nie, to wiele dzienników wspomina, że spadki i awanse pozostaną, jednak we Włoszech nic nie jest pewne, więc trudno oczekiwać, by Inzaghi się nie denerwował. W końcu Benevento do dzieło jego życia, zespół, który pozwolił mu wrócić do pracy, mimo koszmarnych epizodów w Serie A, gdy na mistrza świata z 2006 roku patrzono z politowaniem, a on sam przeklinał w głowie moment, w którym opuścił brzegi Wenecji.

Początek kariery wydawał się jednak fascynujący. W czerwono-czarnej części Mediolanu było już co prawda krucho, Silvio Berlusconi szukał kupca, jednak nie pozwalał dopuścić do sytuacji, w której klub spadłby poniżej pewnego poziomu. Adriano Galliani dwoił się więc i troił, za drobne sprowadzając solidnych zawodników. Sam pomysł z zatrudnieniem Inzaghiego był ciekawy. Przez rok prowadził Primaverę Rossonerich, z którymi zajął trzecie miejsce w lidze, nieznacznie ustępując jedynie Atalancie i Chievo oraz wygrał prestiżowy Viareggio Cup. Wyniki tym lepsze, jeżeli spojrzymy na ówczesną kadrę z jaką musiał pracować. Do większej piłki z tamtego zespołu awansował w zasadzie tylko Andrea Petagna i Davide Calabria, a na w miarę przyzwoitym poziomie gra jeszcze Luca Vido (obecnie Pisa), Maks Barisic (Catania), czy Stefan Simic (Hajduk Split).

ML: AC Milan's 2014 Viareggio Cup winning side - where are they today?

Właśnie takiej osoby szukał wtedy duet Berlusconi&Galliani. Kogoś z klubową tożsamością, kto będzie potrafił poradzić sobie w trudnych warunkach i wycisnąć z zespołu maksa. Mercato nie należało do efektownych. Giacomo Bonaventura, Suso czy Jeremy Menez z jednej, Adil Rami, Fernando Torres, czy Marco van Ginkel z drugiej. Zaczęło się obiecująco. Na inaugurację Il Diavolo wygrali z Lazio 3:1, a następnie w szalonym spotkaniu pokonali Parmę 5:4. To właśnie w tamtym pojedynku pamiętną bramkę piętką zdobył Menez. Później zaczęły się jednak wahania i to nie tylko na boisku. Drużyna potrafiła pokonać Napoli, czy Romę, a jednocześnie przegrać z Genoą, czy Sassuolo. W międzyczasie prasa zaczęła się rozpisywać o rzekomym romansie trenera z Barbarą Berlusconi, co okazało się wierutną bzdurą, jednak podkopało pozycję Włocha. Z Pucharu Włoch Rossoneri pożegnali się już w ćwierćfinale, gdy lepsze okazało się Lazio. Skończyło się na tragicznym 10 miejscu i pożegnaniu. Silvio Berlusconi lakonicznie podsumował tę przygodę „rożnymi wizjami rozwoju klubu”. Klubu, który w tamtym momencie bardzo usilnie starał się sprzedać i który niedługo później ostatecznie spieniężył. Inzaghiego zastąpił Sinisa Mihajlovic, ale mimo iż wielu było zadowolonych z jego pracy, nawet nie dotrwał do końca sezonu. W obawie przed brakiem awansu do pucharów postanowiono na wstrząs i zatrudniono żółtodzioba Christiana Brocchiego, który całą misję koncertowo zawalił i Rossoneri kolejny sezon puchary oglądali w telewizji.

Inzaghi tymczasem pożegnał się z Milanem i stanął na rozdrożu. Z niewielkim doświadczeniem, a zarazem dużą wizerunkową porażką na koncie. Kilka lat później Adil Rami wspominał ten okres jako straszny i bardzo negatywnie wypowiadał się o Inzaghim-trenerze.

„Zawsze uważałem, że bycie trenerem nie jest łatwym zadaniem, ale po tym jak pracowałem pod Inzaghim, zdałem sobie sprawę, że jeżeli on może być szkoleniowcem, to każdy może” – Rami nie szczypał się w język wspominając swój okres pod okiem SuperPippo.

SuperPippo zrobił sobie przerwę, ale raczej taką wymuszoną brakiem ofert. Po roku nie bał się jednak zejść niżej. Po zakończeniu rozgrywek 15/16 Joe Tacopina, właściciel Venezii rozpoczął poszukiwania nowego trenera. Inzaghi tak bardzo chciał, by go wybrano, że co chwilę dzwonił do włosko-amerykańskiego biznesmena, że ten w końcu się poddał i powierzył zespół w ręce Inzaghiego. Był to wybór na tyle trafny, że gdy panowie żegnali się dwa lata później, zorganizowano specjalną konferencję prasową na której obaj mówili o sobie w samych superlatywach i dziękowali za współprace. Sytuacja, która raczej w futbolu, a już szczególnie we Włoszech się nie zdarza. Filippo zastał jednak Wenecję drewnianą, a zostawił (niemal) murowaną. W pierwszym sezonie wywalczył awans z Serie C do Serie B, a w drugim był blisko awansu do elity. Drużyna niespodziewanie awansowała do baraży, gdzie pokonała Perugię, a następnie zawzięcie walczyła z Palermo, gdzie ostatecznie musiała minimalnie (2:1 w dwumeczu) uznać wyższość Rosanero.

Z zespołu pozbawionego wielkich gwiazd stworzył sprawnie naoliwiony zespół, do bólu pragmatyczny. Podobnie jak w Milanie, Venezia nie była maszyną do strzelania bramek, najlepszy strzelec Gianluca Litteri miał zaledwie siedem bramek. Pod względem strzelonych bramek zajęli dopiero 9 miejsce, pod względem straconych trzecie. Z tamtejszej kadry kilku zawodników zrobiło jednak większe kariery. Podstawowym golkiperem był wówczas Emil Audero, który dzisiaj regularnie broni w Sampdorii, Leo Stulac dobrze sobie radzi w Empoli, a Jan Mlakar powoli przebija się w Anglii. Dobra praca w Wenecji poskutkowała jednak tym, że kolejny amerykańsko-włoski biznesmen zapragnął mieć go u siebie. Do Inzaghiego zgłosił się bowiem Joey Saputo i zaproponował pracę w Bolonii. Pokusa ponownej pracy w Serie A była zbyt silna.

Przygoda z Rossoblu okazała się jednak tragiczna. Drużyna była wolna, ociężała, praktycznie nie stwarzała okazji bramkowych. Saputo i tak długo trzymał Filippo na stanowisku, dzięki czemu w pierwszy dzień świąt stanął na czele zespołu przeciwko Lazio prowadzonemu przez swojego brata Simone. Przegrał gładko 2:0. Szala goryczy przelała się jednak dopiero miesiąc później, gdy Bologna przegrała 4:0 (!) z Frosinone (!!). Po raz drugi w karierze jego posadę przejął Sinisa Mihajlovic i rozpoczął bardzo  dobry okres w historii klubu, który trwa po dziś dzień.

Inzaghi po raz kolejny odbił się więc od Serie A. Tym razem wylądował jednak dosyć bezboleśnie, bowiem już w czerwcu posadę zaproponowano mu w Benevento. Co prawda, ponownie w Serie B, ale z nadziejami na awans. Inzaghi w ekipie ze środkowych Włoch stworzył potwora, który może zatrzymać tylko włoska federacja. Wydaje się jednak, że tym razem Filippo Inzaghi wejdzie do Serie A innymi drzwiami. Już nie na plecach Silvio Berlusconiego, który w końcowych latach swoich rządów miał manię próbowania jako trenerów swoich byłych zawodników i nie na podstawie samej pracy w niższych ligach. SuperPippo stworzył zgrany zespół, który wprowadzi do Serie A i będzie musiał liczyć, że Benevento szybko się wzmocni i nie powtórzy historii z sezonu 17/18, gdy w trzeciej kolejce osiedli na 20 miejscu w tabeli i do samego końca już się z niego nie dźwignęli. Dla samego Inzaghiego, to kolejna szansa na podbój włoskiej elity. Czyżby do trzech razy sztuka?

Jeżeli doceniasz naszą pracę i chcesz dołożyć się do rozwoju strony, to zapraszamy do wsparcia na Patronite. Za każde wsparcie z góry bardzo dziękujemy!

Komentarze

Leave a Comment

(required)

(required)