Młode Lilie wyrwane przez Starą Damę

Młode Lilie wyrwane przez Starą Damę

Trudno jest znaleźć we Włoszech drużynę, której fani na słowo „Juventus” nie reagują pogardą i nienawiścią, a czarno-białe pasy nie działają na nich, niczym płachta na byka. Gdyby tylko móc zmierzyć to jakąś skalą, to tifosi Fiorentiny na pewno znaleźliby się w samym czubie tabeli takiej klasyfikacji.

Lepiej być drugim niż złodziejem

Konflikt pomiędzy obydwoma klubami (w zasadzie głównie pielęgnowany przez klub z Toskanii) rozpoczął się na dobre od pamiętnego finiszu sezonu 1981/1982. Juventus po kontrowersyjnej ostatniej kolejce, sięgnął po scudetto kosztem Fioletowych. We Florencji utarło się wtedy słynne powiedzenie „Lepiej być drugim, niż złodziejem”. Wszystkich ludzi związanych ze Starą Damą zaczęto nazywać Gobbi, czyli garbatymi. Okoliczności przyrody sprzyjały by mieć powody do nienawiści , tym bardziej, że fani Torino i Fiorentiny od dawna tworzyły wspólny układ kibicowski.

O ile kibice Violi często potrafią się wewnętrznie dzielić, o tyle co do jednego są wszyscy pewni – każdy kto zakłada fioletową koszulkę z Liliami nie ma prawa potem zostać garbatym. A jeśli komuś uda się zrealizować ten szalony pomysł, musi wiedzieć, że tifosi nigdy mu tego nie wybaczą. Łącznie klub z Florencji opuściło 10 zawodników, którzy bezpośrednio, bądź lekko wyboistą drogą trafili do czarno-białej części Turynu.

W ostatnich latach negatywne emocje przybrały jeszcze bardziej na sile, ponieważ Stara Dama ośmieliła się znów podebrać cudowne dzieci florenckiego futbolu. Urodzonych poza Florencją, ale od najmłodszych lat wiernych Violi. Obaj o imieniu Federico, obydwaj wyciągnięci w stronę Alp w wieku 23 lat. Obiecujący skrzydłowi, o trochę różnej charakterystyce, ale uważani za cudowne dzieci włoskiego futbolu. Cała saga zaczęła się jednak od innego… 23 latka, który został uznany za boską istotę w Toskanii. Nosił na koszulce nr 10 i był nową nadzieją dla kibiców z Artemio Franchi. W poniższym tekście chcielibyśmy przyjrzeć się tym transferom, których bohaterów tifosi Gigliatich z chęcią umieścili by gdzieś między 8 a 9 kręgiem piekielnym, w utworze swojego krajana, Dantego.

Roberto Baggio – wypchnięty idol

Rozpoczynając sezon 1989/1990 Roberto Baggio był bożyszczem kibiców Fiorentiny. Wyciągnięty 4 lata wcześniej jako obiecujący 18-latek z Serie B, pobyt w Toskanii rozpoczął poważnymi urazami kolan. Przygodę we Florencji zaczął dopiero po dwóch latach, gdy zdołał uporać się z kontuzjami. Warto jednak było dać szansę młodemu Roberto. Codino dostając spory kredyt zaufania od działaczy Violi, zaczął rewanżować się piękną grą, szalonymi dryblingami i przede wszystkim golami. Kibice pokochali Baggio, z wzajemnością. Mimo, że gracze Gigliatich dostali się do finału Pucharu UEFA, gdzie przegrali z… Juventusem, sezon zakończyli blisko strefy spadkowej.

O tym, że młodym Roberto coraz poważniej interesują się w Turynie, było wiadomo już na początku sezonu. Fani Violi nie zamierzali patrzeć na to bezczynnie. W trakcie całego kampanii zrobili kilka większych manifestacji, m.in pod domem Baggio w Sesto Fiorentino, na głównych placach Florencji czy też nawiedzając posiadłość prezydenta klubu. Wyrażali swoje niezadowolenie w sprawie ewentualnego transferu Codino na północ Włoch, jednocześnie wyznając młodemu napastnikowi oddanie i próbując go przekonać, do pozostania w Toskanii. Samemu napastnikowi bardzo odpowiadało życie we Florencji, był związany z klubem i kibicami.

Niestety, w księgach finansowych Violi wiele rzeczy odbiegało od normy, coraz mocniej zaczynały doskwierać problemy finansowe. Jednym z warunków wyjścia z kryzysu, była sprzedaż klubu. By jednak odzyskać środki zainwestowane w Fiołki, prezydent Pontello zamierzał zrealizować dobrze płatny transfer z klubu. Było oczywiste, że nie uda się zatrzymać Baggio. W przededniu Mistrzostw Świata, które miały się odbyć się w Italii, coraz więcej kibiców śledzących poczynania młodego Włocha sądziło, że to właśnie pochodzący spod Vicenzy zawodnik zostanie odkryciem turnieju.

Wojna domowa

Trzy tygodnie przed rozpoczęciem Mundialu, w połowie maja prezydent Fiorentiny Flavio Pontello informuje, że przyjął propozycję nie do odrzucenia. Juventus jest skłonny dać za Roberto 25 mld lirów (obecnie jakieś 10 mln dolarów – na tamte czasy, kwota naprawdę obłędna). Co ciekawe sam Baggio nie chciał odchodzić z Florencji, jednak ostatecznie podpisał kontrakt ze Starą Damą. Jak sam potem tłumaczył, pod presją działaczy. W Toskanii zawrzało. Tego było już za wiele, zdenerwowani kibice, którzy od dawna mieli dosyć rządów kontrowersyjnego właściciela udali się pod siedzibę klubu. Przerodziło się to w dwudniowe zamieszki, których łączny bilans to 9 aresztowanych i ponad 50 rannych. Codino odchodził z Fiorentiny z dorobkiem 39 goli w 94 meczach.

Złoty Kucyk

Baggio po transferze do Juventusu, z roku na rok zaczął potwierdzać swój ogromny talent. Turyńscy kibice nie do końca go zaakceptowali, chociażby po słynnej akcji z szalikiem Violi podczas pierwszego spotkania obu klubów we Florencji, gdy Baggio podniósł go z ziemi przy okazji pozdrawiając miejscowych kibiców. Kilka chwil wcześniej rezygnując z wykonania jedenastki. Codino rok po roku potwierdzał, że jest gwiazdą ligi, w reprezentacji Włoch był czołową postacią (2 medale MŚ to w dużej mierze jego zasługa). W 1993 roku zdobył „Złotą Piłkę” oraz wzniósł Puchar UEFA. Można jednak powiedzieć, że Baggio i Juve to był jednak trudny związek, bo jeśli wychowankowi Vicenzy indywidualnie szło bardzo dobrze, to jednak drużynowo Bianconeri nie zdobywali upragnionych celów. Dwukrotne wicemistrzostwo Włoch, pomimo że przegrane z silnym Milanem, nie cieszyło nikogo w Turynie.

W ostatnim sezonie w mieście FIATA (94/95), Baggio trapiony powtarzającymi się urazami, zaliczył tylko połowę meczów w lidze. Na koniec sezonu jednak Juventus okazał się najlepszy w Italii, zdobywając upragnione 23 scudetto oraz triumfował w Coppa Italia. Wyrósł mu też poważny konkurent do gry – Alessandro Del Piero. I to na niego zdecydowała się postawić rodzina Agnellich, nie przedłużając wygasającego kontraktu Buddy. Bilans Roberto Baggio w Turynie to 78 bramek w 141 meczach. Wynik bardzo dobry, natomiast nigdy nie zapracował sobie na status legendy.

Frederico Bernardeschi – diament z miasta marmuru

Transfer Federico Bernardeschiego, przeprowadzony w 2017 roku rozpalił wyobraźnie kibiców Starej Damy. Kolejne cudowne dziecko włoskiej piłki przywdzieje trykot ukochanego klubu. Skrzydłowy, a w zasadzie boczny napastnik którego technika użytkowa, przebojowość, szybkość i kreatywność pozwalała na indywidualne rozstrzygnięcia losów meczu.

Kolejny klejnot florenckiej architektury

Odkąd powrócił z wypożyczenia z Crotone, we Florencji od razu zaczęto go porównywać do Baggio. Charakterystyczne ścięcie do środka, mocny strzał lewą nogą, możliwość gry na obu skrzydłach, a także jeśli wymaga tego sytuacja, operowania jako trequartista za napastnikami. To wszystko sprawiało że kibice Violi znaleźli nowy obiekt westchnień. Niestety, po raz kolejny ich serce zostało złamane. Podobnie jak u Baggio, gołym okiem było widać, że fioletowa koszulka zdawała się być dla niego już za ciasna. Dodatkowo widać było, że sam zawodnik nie jest zdecydowany odejść z klubu. Nie chciał grać w Anglii, chociaż Manchester United oferował mu znaczną podwyżkę zarobków. Berna chciał pozostać we Włoszech. Chcąc udowodnić, że jego potencjał jest rzeczywiście ogromny, musiał jednak zrobić duży krok naprzód. Do akcji wkroczył Beppe Marrotta.

Mimo, że obyło się bez zamieszek, to fani z Curva Fiesole przyjęli transfer z wyraźną dezaprobatą. Transparent na płocie stadionu dobitnie informował, że Federico nie ma po co się już więcej pojawiać się we Florencji. Jad, który wylał się na niego i jego rodzinę był ogromny. Okoliczności było jednak nieco odmienne, niż przy transferze Baggio. Jego bilans w fioletowej koszulce zamknął się na 93 występach i 23 bramkach.

Florencja to jednak za mało

Zanim jeszcze znalazł się w Turynie, wychowanek Violi odmówił podpisania nowego kontraktu, wymuszając transfer do Turynu. 40 milionów euro przelanych na konto klubu z pewnością zadowoliło rodzinę Della Valle, natomiast znów wywołało gniew fanów. Po raz kolejnybrutalnie zweryfikowali swoje oczekiwania względem polityki klubu. Podobnie jak kilkadziesiąt lat wcześniej liczyli, że wreszcie doczekają się budowy mocnej drużyny, opartej na swojej gwieździe w koszulce z nr 10. To co wyróżniło go jeszcze od Baggio, to pierwszy mecz na Artemio Franchi po transferze. O ile Roberto swoim zachowaniem mógł odkupić część win, to Bernardeschi dolał benzyny do ognia, strzelając gola i manifestując go w sposób bardzo prowokacyjny. Na jego obronę można wspomnieć, że przez okres od transferu do meczu we Florencji, kibice Liliiowych na każdym kroku nękali całą rodzinę Bernardeschich, nie jednokrotnie grożąc śmiercią.

Juventus który kolekcjonował kolejne mistrzostwa na krajowym podwórku, potrzebował wzmocnień, by wreszcie odnieść sukces w LM. Dopiero co zakończony sezon, w którym przegrany finał Champions League obnażył braki drużyny, w postaci nieodpowiednio zbilansowanej kadry. Wzmocnienia w ofensywie były konieczne. Urodzony w Carrarze (podobnie jak Buffon), Berna wyróżniał się przede wszystkim cechami nowoczesnego skrzydłowego, na nadmiar których na Półwyspie Apenińskim nie narzekano.

Turyn czyli równia pochyła

Przygoda na Allianz Stadium niestety nie potoczyła się tak jakby chcieli tego ludzie związani z turyńskim klubem. O ile w stolicy Toskanii jego uniwersalność w ofensywie często wychodziła drużynie na dobre, o tyle w Turynie była całkiem nie przydatna. Allegri nigdy nie potrafił mu do końca zaufać. Zdarzały mu się bezbarwne mecze, do tego opuścił kilka spotkań z powodu kontuzji. Na boisku pojawiał się głównie jako zmiennik. Co ciekawe, mimo mniejszej ilości meczów, pod względem liczb to i tak był jego najlepszy sezon w Juve. Ustawiany przez Allegrego na skrzydle, nie dawał jednak tej jakości co w Fiorentinie. Z biegiem czasu trener Juventusu zaczął szukać mu innych pozycji. Na każdej z nich nie był w stanie wygrać rywalizacji, ani z Dybalą, ani z Cuadrado, tym bardziej z Ronaldo. Mimo wielu okazji do gry, Federico nadal zawodził.

Drugi sezon, w dużej mierze coraz bardziej zaczął upewniać kibiców, że czarno-biały trykot jest zbyt wielkim ciężarem dla Toskańczyka. Krótko rzecz ujmując wejścia były bezproduktywne, często niepotrzebne dryblingi i straty powodowały frustracje fanów Bianconerich. Presja stawała się coraz mocniejsza. Pojedyncze mecze, takie jak ten w Lidze Mistrzów z Atletico Madryt nie mogły zmienić obrazu przepłaconego piłkarza. Po sezonie 2018/2019 nastąpiła zmiana trenera. Przyjście Maurizio Sarriego, wielbiciela gry widowiskowej i ofensywnej, miało być ratunkiem dla Bernardeschiego, jedyną szansą na zaistnienie jeszcze w Juventusie.

Koszulka z dwoma kolorami zbyt ciężka

Sarri, podobnie jak poprzednik szukał dla niego miejsca w różnych strefach w ofensywie, jednak bez skutku. Po prawej stronie pewne miejsce miał Douglas Costa. Federico dostawał szansę, jednak swoją grą wprowadzał kibiców w irytację. Podobnie zresztą jak trener, którego zespół nie grał na miarę możliwości, a tytuł mistrzowski, który miał się rozstrzygnąć po wygranej w marcu walczyli niemal do samego końca. Sarri, jak i Fede jechali na tym samym wózku. Tym, który już miał odjechać z Turynu po sezonie.

Na Allianz Stadium zaczęto o Bernardeschim myśleć raczej już jako element rozliczenia któregoś z letnich transferów. Początkowo włoska prasa spekulowała, że trafi do Neapolu, razem z walizką pełną euro, w zamian za Arkadiusza Milika. Potem ktoś wpadł na karkołomny pomysł, by wytransferować go z powrotem do Florencji, w zamian za Federico Chiesę. Nawet powrót Douglasa Costy do Bayernu nic nie zmieniał w sytuacji Toskańczyka, ponieważ w zimie Juventus ubił targu z Atalantą, sprowadzając na skrzydło Dejana Kulusevskiego, jedno z odkryć poprzedniego sezonu. Do tego cały czas, gdzieś w powietrzu wisiał transfer Chiesy, więc dla Berny zaczęło powoli brakować miejsca w szerokim składzie.

Nowy Zambrotta?

Po raz kolejny jednak okazuje się, że przyjście nowego trenera zwiastuje szansę dla Federico. Przybycie Andrei Pirlo, którego filozofia zakłada grę kilkoma ustawieniami, spowodowało, że Juventini nie chcieli pozbywać się gracza z nr 33. Podobno Maestro przekonał Paraticiego tym, że widzi dla niego miejsce po lewej stronie boiska, bardziej jako wahadłowego, z większą ilością zadań defensywnych. Czy ma on szansę jeszcze realnie zaistnieć w stolicy Piemontu? Wydaje się, że będzie to bardzo trudne i może to być dla niego rok stracony. Z drugiej strony, być może przekwalifikowanie go na pozycję wing-backa uratuje jego karierę na Allianz Stadium. Czas nie działa na jego korzyść, w perspektywie przyszłorocznego EURO to także spora strata dla reprezentacji Włoch.

Federico Chiesa – talent w żyłach

Federico Chiesa treningi z Violą rozpoczął w wieku 10 lat. Od początku swojej przygody charakteryzował się żelaznymi płucami oraz szybkością. Do tego imponował techniką i walecznością. Młody Federico, pod czujnym okiem ojca Enrico, w przeszłości reprezentanta Włoch i gracza m.in. Fiorentiny, szybko przebijał się przez drużyny młodzieżowe. Debiut w Serie A zaliczył w wieku 18 lat w meczu z… Juventusem. Trzeba mu oddać, że było to o tyle trudniejsze, ponieważ jest synem “tego Enrico Chiesy”. Generalnie mimo inklinacji do gry ofensywnej, na boisku syn nie do końca był wierną kopią swojego ojca. Obu na pewno jednak cechuje pracowitość.

Na dobre zawodnikiem pierwszego wyboru został rok później, gdy z drużyny odszedł Bernardeschi. Zajął jego miejsce na prawej flance i z miejsca stał się motorem napędowym drużyny. Gdy była taka potrzeba, ustawiany po drugiej stronie boiska także radził sobie świetnie. Był niezniszczalny, patrząc z boku wydawało się, że mógłby po meczu, zagrać jeszcze jeden. We Florencji, gdzie szkolenie młodzieży i jej rozwijanie stoi na bardzo dobrym poziomie, szybko się poznali na jego talencie i wiedzieli, że będzie naturalnym liderem drużyny.

O ile jego pierwszy pełny sezon Viola zakończyła w górnej ósemce, z nadziejami, że w kolejnej kampanii zaczną marsz w stronę Europy, to jak zwykle we Florencji coś zaczęło szwankować. Zmiany trenerów, nie trafione transfery, nie jasna polityka klubu oraz tarcia zarządu i kibiców spowodowały, że klub popadał coraz bardziej w ligową szarzyznę. W międzyczasie młody Fede zadebiutował w dorosłej reprezentacji Italii. Z sezonu na sezon jego statystyki wyglądały coraz lepiej i stawało się oczywiste, że w niedługim czasie będzie musiał opuścić Florencję.

Świadoma droga

Trzeba przyznać, że młody Federico wie czego chce. Wygląda, jakby swój plan na karierę miał dokładnie ułożony i go konsekwentnie realizuje. Słuchał podpowiedzi swojego ojca, zarówno na płaszczyźnie sportowej, jak i prywatnej. Enrico zadbał by jego syn ukończył międzynarodową szkołę we Florencji w języku angielskim (stąd jego pseudonim – Inglese), a następnie kontynuował naukę na miejscowym uniwersytecie.

Sieci na młodego Chiesę zarzucił Juventus. Federico był niekwestionowanym liderem drużyny młodzieżowej Squadra Azzurra, która w pechowy sposób zakończyła europejski czempionat na własnej ziemi. W czerwcu 2019 nastąpiła zmiana właścicielska w klubie. Po 18 latach władzę oddała rodzina Della Valle, sprzedając udziały w klubie ekscentrycznemu miliarderowi Rocco Commisso. Nowy właściciel oczarował kibiców i całe otoczenie klubu. Jego wizja silnej Violi spotkała się z aplauzem miejscowych tifosi i prawdopodobnie stała impulsem do pozostania Federico w Toskanii. Jak sam Commisso przyznał, nie mógł sobie pozwolić na odejście Chiesy nawet za 100 mln euro. Wokół niego chciał zbudować projekt silnej Fiorentiny.

Niestety, pomimo rewolucyjnych rozwiązań nowego właściciela, Fiołki skończyły znów sezon bez przepustki do Europy. Chiesa, który miał kontrakt ważny jeszcze przez dwa lata, zdecydował się opuścić klub już w “lecie”. Od zawsze uważał się za fana Fiorentiny, ale był już zdecydowany – chce dołączyć do Juve. Sama saga transferowa trwała dosyć długo. Być może czekał jeszcze na jakieś szalone ruchy prezydenta, jednak brak deklaracji o przedłużeniu kontraktu zostały przez fanów odebrane jednoznacznie. Ci zaczęli odgrażać się młodemu Włochowi za to, że zhańbił opaskę kapitańską klubu, zakładając ją w meczu ze SPAL. Była ona zaprojektowana by upamiętnić Davide Astoriego.

Florenckie wyjście Anglika

Dla wszystkich stron stało się jasne, że w letnim mercato skrzydłowy musi opuścić klub. Długo trwały same ustalenie formalne. Udało mu się to, dosłownie kilka godzin przed zamknięciem okienka. Sam Federico mówił, że jeśli Juventini nie uzbierają odpowiedniej kwoty, to jest w stanie pozostać w klubie, chociaż po tym co się działo w międzyczasie, pewnie i sam by opłacił część tej transakcji, byle by już nie musieć grać w fioletowej koszulce. W Turynie trafia na jeszcze większy ścisk wśród skrzydłowych, niż miał w w 2017 roku Bernardeschi. Niezależnie od systemu gry, na każdej swojej pozycji będzie miał co najmniej jednego bardzo silnego konkurenta. Presja, którą wytworzył już wokół siebie, plus suma 50 mln euro, którą będzie nosił na swoich barkach, sprawiają, że Chiesa zawiesza sobie bardzo wysoko poprzeczkę.

Trzeba przyznać, że o ile sama kwota transferu robi wrażenie (około 50 mln euro + bonusy), to forma księgowania jej to majsterstrzyk w wykonaniu Juve. Pierwsze dwa lata “wypożyczenia” będą kosztować jedyne 10 mln euro. Po spełnieniu kilku zapisów, w trzecim roku na koncie klubu z Toskanii pojawi się kwota co najmniej 40 mln euro. Jak przyznaje sam Commisso, jest to jego ukłon w stronę Juventusu, by przez tę transakcję nie stracili stabilności finansowej. Oczywiście po ogłoszeniu transferu, tifosi nie omieszkali “podziękować” Chiesie wieszając transparenty, w których grożono śmiercią, wyzywano rodzinę i sugerowano by więcej w stolicy Toskanii się nie pojawiał, bo zdradził tych którzy go przez całe życie chronili. Po zakończeniu całej sagi, głos zabrał także dyrektor sportowy Violi, Daniele Prade, który w dosadny sposób podumował młodego skrzydłowego, że w tym związku miłość była wyłącznie po stronie klubu.

Federico Chiesa zakończył grę w fioletowych barwach na 153 występach, w których zanotował 34 gole i 25 asyst. Podobnie jak w przypadku Bernardeschiego, mało kto we Florencji będzie go wspominał ciepło.

Pozostali fioletowi renegaci

Oprócz wyżej wymienionych, było jeszcze 7 zawodników, którzy raczej na Curva Fiesole nie byliby mile widziani. Przed wojną byli to :

  • Gastone Prendato (przejście do Juventusu w 1935 r)
  • Ugo Amoretti (1936)
  • Cinzio Scagliotti (1936)

Oczywiście w tym czasie nie było takich animozji między klubami, więc te transfery nie robiły specjalnie na nikim wrażenia. Potem, w 1959 roku do Piemontu trafił Sergio Cervato, który spędził w Toskanii 11 sezonów.

Il Capitano

Jednym z bohaterów transferów na linii Florencja-Turyn jest Giorgio Chiellini. Mało kto pamięta, ale legenda Juventusu 15 lat temu reprezentowała przez jeden sezon Violę. Chiellini zaczął piłkarską karierę w Livorno, a więc całkiem niedaleko Florencji. Co ciekawe, został do niej wypożyczony z Juventusu, zaraz po jego sprowadzeniu do Turynu. Jego roczny pobyt we fioletowej części Toskanii był bardzo udany, dzięki czemu szybko wrócił do na Stadio Delle Alpi. Do tej pory słyszy na swoją cześć gwizdy i wyzwiska na Artemio Franchi.

Felipe Melo, czyli brazylijski czołg

Kolejnym przypadkiem w najnowszej historii podgrzewania nienawiści, był Brazylijczyk Felipe Melo. Zawodnik kontrowersyjny, grający na pozycji defensywnego pomocnika, znany z twardej i nieustępliwej gry. Do tego znany z kolekcjonowania kartek różnych kolorów. Do Florencji trafił w 2008 roku. Jego skuteczna gra w odbiorze została momentalnie doceniona zarówno w Europie, jak i ojczyźnie. Po roku mimo oferty m.in. z Arsenalu, zdecydował się pozostać we Włoszech, wybierając grę dla Juventusu.

Po czasie okazało się, że nie był to najlepszy wybór dla obu stron. Chociaż waleczności w grze mu nie można było odmówić, dzięki czemu jest w Turynie wspominany jednak pozytywnie. Dwa nie do końca udane sezony sprawiły, że zmienił klimat włoski na turecki, który zdecydowanie mu posłużył. Zdołał jeszcze nawet wrócić do Serie A, konkretnie do Interu. W swojej biografii Chiellini wspomina jednak Melo, jako najgorszy typ człowieka, z którym dzielił szatnię.

Kolumbijska Vespa

Z obecnej kadry Juventusu mamy jeszcze Kolumbijczyka Juana Cuadrado, który podobnie jak Brazylijczyk Felipe Melo nie byli uczestnikami bezpośrednich przenosin. Pochodzący z Medellin Cuadrado reprezentował klub z Florencji w latach 2012-2015. Pobyt we włoskich klubach rozdzielił p pobyt w niebieskiej części Londynu. Do Juventusu zawitał zaledwie po pół roku spędzonym w Chelsea. Jego pobyt w Toskanii był całkiem udany, w 85 występach strzelił 20 bramek i zaliczając 15 asyst. Kibice go uwielbiali, jego dynamiczne rajdy prawą stroną siały popłoch wśród obrońców rywali. Chelsea wydała na niego 35 mln euro, czym pobiła swój rekord kwoty przeznaczonej na zakup piłkarza zimą.

Pobyt w Londynie niestety okazał się klapą, Cuadrado nie znalazł uznania u Jose Mourinho. Kolumbijczyk, stęskniony za Półwyspem Apenińskim i włoskim stylem życia, po pół roku został wypożyczony do Turynu. Spotkało się to z dużym gniewem kibiców Violi, gdyż jeszcze parę miesięcy wcześniej Kolumbijczyk deklarował, że jego serce pozostanie fioletowe. Pobyt na Allianz Stadium to mimo wszystko udana przygoda. Często chyba nie doceniany, był okres w którym znajdował się już na wylocie, jednak odżył przy Maurizio Sarrim. Młodszy już nie będzie, jednak mimo nacisków młodszych zawodników, w układance Pirlo powinien być cały czas w potrzebny w rotacji. Głównie ze względu na swoją uniwersalność, bo w Turynie przeszedł drogę od bocznego napastnika, do prawego obrońcy.

Jeżeli doceniasz naszą pracę i chcesz dołożyć się do rozwoju strony, to zapraszamy do wsparcia na Patronite. Za każde wsparcie z góry bardzo dziękujemy!

Komentarze
Federico Chiesa

1 Comment

Leave a Comment

(required)

(required)