Miały być złote góry, jest wielkie rozczarowanie – Monchi zwolniony z Romy

Miały być złote góry, jest wielkie rozczarowanie – Monchi zwolniony z Romy

Miał poprowadzić Romę do złotych czasów, być dyrektorem sportowym na lata i zbudować w Wiecznym Mieście potęgę. Tymczasem w piątek popołudniu klub wydał oficjalny komunikat, w którym poinformował, że Hiszpan rozwiązał umowę z Giallorossimi. Z tego powodu podsumowaliśmy jego dwa lata w rzymskim zespole.

Gdyby 50-latek dotrwał do przyszłego miesiąca, to w Rzymie spędziłby dokładnie dwa lata. Hiszpan przybył bowiem do Romy 24 kwietnia 2017 roku, by kilka dni później z wysokości trybun oglądać ligową porażkę w derbach Rzymu. Historia zatoczyła więc koło, gdy kilka dni  temu Giallorossi również przegrali z Lazio w meczu o prymat Wiecznego Miasta, co przechyliło szalę goryczy (to i porażka z Porto) i pociągnęło za sobą zwolnienie Eusebio Di Francesco i właśnie Monchiego.

Tymczasem ta historia miała potoczyć się zupełnie inaczej. W Sevilli Monchi był uważany za Króla Midasa, bowiem w największej dziurze potrafił natrafić na prawdziwą perełkę, którą potem sprzedawał z wielokrotną przebitką. W pewnym momencie mógł przebierać w ofertach, jednak zdecydował się przenieść do Rzymu, wymagającego środowiska, gdzie razem z Eusebio Di Francesco pod amerykańską batutą Jamesa Palotty miał zbudować wielki klub, który w szybkim tempie doskoczy do ligowej czołówki. W stolicy Italii Hiszpan zatracił jednak swój dar, bowiem większość jego transferów okazała się kompletnym niewypałem. Do tej grupy możemy zaliczyć chociażby Robina Olsena, Stevena N’Zonziego, Hectora Moreno, Gregoire’a Defrela, Patricka Schicka, Jonathana Silvę (ktoś w ogóle pamięta, że ktoś taki był w Romie?), Javiera Pastore, czy Ivana Marcano.

Z drugiej strony mamy z kolei Cengiza Undera, Nicolo Zaniolo, Aleksandara Kolarova, czy Lorenzo Pellegriniego. Cały czas więcej oczekujemy jeszcze od Justina Kluiverta, czy Ricka Karsdorpa, gdyż żaden z nich nie pasuje do pierwszej i drugiej grupy.

O dziwo, Monchi w Rzymie wpadł w kompletny szał sprzedaży. Będąc u steru zdecydował się sprzedać nie tylko zawodników oddanych i związanych z klubem jak Radję Nainggolana i Kevina Strootmana, ale także każdego zawodnika, który miał za sobą wyróżniający się sezon. Alisson, Mohammed Salah, Antonio Rudiger, czy Leandro Paredes przynieśli klubowi masę pieniędzy, jednak nie zapewnili stabilność projektu. Gdy bowiem Di Francesco zbudował w tamtym sezonie ciekawy zespół, który doszedł do półfinału Ligi Mistrzów i walczył w nim jak równy z równym z Liverpoolem, to latem części zespołu już nie miał, a dostarczone zamienniki znacznie odbiegały od poprzednich części. W takiej sytuacji pewne było, że nie można oczekiwać takich samych rezultatów, jednak presja w Rzymie jest ciągle taka sama, więc w końcu ktoś musiała pożegnać się z posadą. Wydaje się, że najmniej w całej tej sytuacji zawinił sam trener, jednak w takich sytuacjach, to właśnie szkoleniowiec ponosi największą cenę. Jako że jednak Monchi od początku stał u boku Di Francesco i zapewniał, że ten projekt chce prowadzić tylko z nim u boku, to w końcu obaj pożegnali się z ekipą Lupich i po dwóch latach projekt można było zakończyć, i to z wynikiem negatywnym. Giallorossi ponownie są w punkcie wyjścia, drużynę do końca sezonu będzie prowadził 68-letni Claudio Ranieri, a po sezonie klub przystąpi zapewne do poszukiwania nowego trenera z nowym projektem i nowego dyrektora sportowego. Przez wiele lat kibice Lupich krytykowali Waltera Sabatiniego, jednak niespodziewanie wydaje się, że po latach będą go wspominali lepiej niż pewnego czarodzieja z Hiszpanii, który obiecywał złote góry.

Komentarze