Livorno, czyli symboliczny upadek pewnej idei

Livorno, czyli symboliczny upadek pewnej idei

Na pewno słyszeliście już różne dziwne historie związane z futbolem. Od pijackich opowieści waszego wujka z czasów jego legendarnych gier w B-klasie, kiedy to fikcja i prawda mieszały się w tak przyjemny sposób, że trudno było nam nie chłonąć jego słów z otwartymi ustami i wyrazem twarzy pełnym zachwytu. Przez przypadki, gdy mecze piłkarskie rozpoczynały wojny – nie te, osiedlowe między kibicami – tylko prawdziwe, na śmierć i życie, wystarczy wspomnieć spotkanie Hondurasu z Salwadorem z 1969 roku. Jednak są też takie jak ta, niosące niekiedy uśmieszek rozbawienia, lecz częściej raczej grymas politowania. Ta historia ma kolor amarantowy, a jej symbolami jest sierp i młot, Che Guevara oraz pewien niewielki klub z Toskanii.

Chociaż komunizm oficjalnie upadł w 1989 roku, przynajmniej ten w Polsce, a co do samego jego występowania we współczesnym świecie można mieć obiekcje: jedni stwierdzą, że nigdy nie istniał prawdziwy komunizm, a drudzy będą krzyczeć, iż wystarczy się rozejrzeć, by w pełnej krasie podziwiać jego pomniki. Oczywiście zbudowane z żelaza i stali. Paradoksem jest fakt, że obie strony będą mieć niejako rację, prawdziwej komuny nigdzie na świecie poza książkami i filami nie było (może i na szczęście), ale namiastki i pewne idee żyją sobie własnym życiem w naszym współczesnym świecie do tego stopnia, że nawet nie zdajemy sobie sprawy, jaki jest ich rodowód. Chociaż już mało kto chodzi ze spinką w kształcie czerwonej gwiazdy, a magnesiki na lodówce z podobizną Che Guevary mają nieliczni politycy z polskiego podwórka, to oficjalnie ideologia komunistyczna, jako promowanie rządów totalitarnych jest passe – znaczy zakazana. Jednak są tacy, którzy niewiele sobie robią z takiego stanu rzeczy.

Mowa oczywiście o naszych dzisiejszych bohaterach – Livorno. Mówiąc pół żartem, pół serio, o ostatnim bastionie komunizmu w Europie.

Jeżeli myśleliście, że o Włoszech wiecie już wszystko i nic was nie zaskoczy, to dorzucamy wam właśnie kolejną cegiełkę, która może przechylić szalę obłędu. O ile przyzwyczailiśmy się do haniebnych incydentów rasizmu. Jeżeli pogodziliśmy się z faktem, że stadiony sypią się, jakby budowane były ze sklejki, a nie z betonu. Nawet gdy nazywanie Lazio faszystami dałoby się jakoś logicznie wytłumaczyć, choć sama opinia jest szkodliwa, to mówi się trudno, pewnych łatek nie da się już odkleić. W tym całym chaosie, ciągłych wojenkach, jednocześnie niepodważalnej miłości do życia samych włochów, trudno nie uśmiechnąć się na stwierdzenie – tylko tych komunistów tu brakowało!

No dobra, ale skąd się oni wzięli i dlaczego akurat w Livorno?

Żeby odpowiedzieć sobie na to pytanie trzeba sięgnąć pamięcią do naprawdę odległych czasów. Przestawmy więc datę na naszych zegarkach o nieco ponad sto lat do tyłu, dokładnie do roku 1915. Wtedy właśnie, w trakcie trwania jeszcze pierwszej wojny światowej, która dla samych Włochów w zasadzie się już kończyła, gdyż wiadome było, że wiele na niej nie ugrają, trzeba było zająć czymś czas. Jako że już starożytni wiedzieli co dobre, szukano „chleba i igrzysk”, a że nie tylko jedzeniem żyje człowiek, założono kluby piłkarskie. Wtedy właśnie powstało Livorno FC.

Samo miasto w tamtym okresie (a poniekąd też jest do dzisiaj) było mekką dla buntowników, szlakiem przecinania się kultur, religii i języków. Nic więc dziwnego, że wiatr przywiał tam jedne z popularniejszych poglądów. Sześć lat po założeniu klubu, wskutek panującej w okolicy biedy powstała w Livorno Włoska Komunistyczna Partia, szerząca głośno ideały równości, majątku w spracowanych rękach robotników i będąca w jawnej opozycji do faszyzującego się społeczeństwa. To właśnie WKP w czasach następnej wojny światowej zorganizowała pierwsze oddziały Brygady im. Garibaldiego. Były to nieregularne jednostki złożone z partyzantów sprzeciwiające się zbrojnie dyktaturze Benito Mussoliniego, ówczesnego wodza numero uno w Italii. Wydaje się, że to właśnie ta lewicowa narracja i zaangażowanie komunistów sprawiło, że ideały Marksa i Engelsa (twórców tej ideologii) zakorzeniły się w mieście niczym Klaun Pennywise w kanałach Derry w słynnym horrorze Stephena Kinga. Jednak one nie pojawiają się raz na 27 lat, lecz tak samo silne trwają po dziś dzień w tym toskańskim mieście.

Kibice budują historię klubu z Livorno

Jednak przechodząc do piłki, bo okrężną drogą od początku do niej właśnie zmierzamy. Miasto przesiąknięte pewnym określonym światopoglądem nie mogło odciąć się od niego w zupełności, nawet gdy mowa o sporcie. Poza tym, jak dobrze wiemy, nie ma prawdopodobniej bardziej wyrazistej grupy społecznej niż kibice. To oni zaczęli demonstrować podczas meczów swoje przekonania, często pewnie nawet skupiając się na tym bardziej niż na wynikach swojego zespołu, co podkreślają liczby. Livorno w najwyższej klasie rozgrywkowej spędziło raptem 18 sezonów, stanowiąc głównie pewien folklor, pałętający się pomiędzy drugą, a trzecią ligą.

Za to na trybunach niezależnie od wyników świętowano urodziny Stalina, wywieszano transparenty z wizerunkami Lenina, Marksa, Che Guevary, Fidela Castro i innych „osobistości” związanych ze skrajną lewicą. Kibice na spotkania ubierają ubrania z tzw. demobilu, czyli wojskowe, sprzedawane cywilom. Ten styl stał się ich znakiem rozpoznawczym. Jakby ktoś myślał, że jakoś się z tym kryją, to natychmiast rozwiewamy wątpliwości. Jedna z grup fanowskich nazwała się Armata Stalinista, czego nikomu raczej nie trzeba tłumaczyć. A jakby komuś było mało, to do sporego skandalu doszło w 1999 roku, kiedy kult komunizmu przeszedł ze strony biernej w czynną i powstało BAL. Skrót oznacza Livornese Autonomous Brigades, czyli bojówkę nawiązującą wprost do wspomnianej wcześniej Brygady im. Garibaldiego, która już nie walczyła przeciw faszyzmowi, a zajmowała się wspieraniem nielegalnych demonstracji, protestów, czy innych rozrób. Nikogo pewnie nie zdziwi, że organizacja złapała szybki kontakt z grupami terrorystycznymi ETA z Kraju Basków oraz IRĄ znajdującą się w Irlandii Północnej. W tym drugim przypadku przełożyło to się na bezpośredni sojusz kibiców Livorno FC z… Celtikiem Glasgow, który formalnie jest klubem szkockim, jednakowoż uważa się za spadkobierców tradycji z północnej Irlandii.

Przypadkiem, kiedy BAL przypomniało o sobie w sposób, który odbił się rzeczywiście szerokim echem w świecie nie tylko futbolu, ale i tym znanym zwykłym śmiertelnikom był skandal, który miał miejsce na stadionie Livorno. Na Armando Picchi w 2006 roku podczas minuty ciszy poświęconej dziesiątce żołnierzy włoskich poległych podczas wojny w Iraku, z trybun wybrzmiewać zaczęły chóralnie śpiewy zniesławiające zmarłych, a sławiące… irackiego dyktatora Sadama Husajna.

RBFzine.pl - Zobacz temat - Prawicowe\lewicowe ekipy

Livorno niczym spadająca gwiazda

Tymczasem faktycznie przechodząc do spraw typowo piłkarskich. Klub z Toskanii zasłynął ostatnio tym, że od lipca tego roku w kadrze, w trakcie trwania jeszcze sezonu Serie B, pozostało im… ośmiu piłkarzy pierwszego składu. Właściciel klubu Aldo Spinelli wraz z synem Roberto, pełniącym funkcję prezesa zarządu podjęli decyzję, że z racji, nieuchronnego spadku, nie zamierzają przedłużyć wygasających umów z aż 18 zawodników. Wobec tego resztę dogra wspomniane ósemka oraz juniorzy. Kibice na trybunach pewnie żałują jak nigdy, że idea komunizmu, czyli dzielenia po równo każdemu nie weszła w życie, bo wtedy ich ukochany klub pozostałby w drugiej lidze. A tak.. pora się już żegnać…

Podopieczni Antonio Filippiniego w 32 kolejkach zebrali ledwie 21 pkt i są nie czerwoną gwiazdą, a latarnią ligi. Chociaż właściwie Livorno FC i gwiazdę łączy pewien punkt wspólny… szybki i efektowny spadek. Pozostaje pytanie, czy świadkowie zdążyli pomyśleć życzenie?

Jeżeli doceniasz naszą pracę i chcesz dołożyć się do rozwoju strony, to zapraszamy do wsparcia na Patronite. Za każde wsparcie z góry bardzo dziękujemy!

Komentarze

arkadiusz-bogucki

Redaktor Serie A Polonia od lipca 2016 roku, fan calcio od najmłodszych lat.