Ciężka droga Bernardeschiego w Juventusie

Ciężka droga Bernardeschiego w Juventusie

Federico Bernardeschi, który miał być przyszłością Juventusu, przeżywa obecnie najgorszy okres w swojej karierze. Żaden z trzech trenerów prowadzących Fede w turyńskim klubie nie sprawił, że Włoch zaczął grać na miarę swoich możliwości i znaczyć dla zespołu tyle, ile od niego oczekiwano po transferze. Ciężko być optymistą w kwestii jego przyszłości w Juve. Czy są jeszcze szansę na lepsze jutro Berny? Streśćmy jego pobyt w Juventusie i przeanalizujmy w szczególności ten najtrudniejszy dla niego czas.

Dobre początki

Pierwszy sezon Federico po przyjściu z Fiorentiny był znacznie lepszy od następnych. Wtedy jeszcze nic nie zwiastowało nadchodzącego regresu, a kibice faktycznie uwierzyli, że z tej mąki będzie chleb. Statystyki byłego skrzydłowego Violi na koniec sezonu prezentowały się następująco: 31 występów (1104 minuty), 5 bramek, 6 asyst. Może nie są to jakieś kosmiczne liczby, lecz jak na 23-latka w debiutanckim sezonie w najlepszym klubie we Włoszech, całkiem niezłe. Warto zaznaczyć, że w tym sezonie Federico stracił trochę czasu przez kontuzję kolana.

Sezon 17/18 dobiegł końca, Juventus zdobył mistrzostwo i puchar, przybył Crisitano Ronaldo, a nadzieje kibiców związane z Bernardeschim były coraz większe. Już na samym początku sezonu Berna stał się bohaterem, kiedy to w ostatnich minutach dał Juventusowi zwycięstwo w pierwszym meczu w lidze z Chievo. Dalsze miesiące pod względem gry Federico przypominały poprzednią kampanię, a w międzyczasie nadarzyło się prawdopodobnie jego najlepsze spotkanie w barwach bianconerich, czyli rewanż z Atletico Madryt w 1/8 finału Ligi Mistrzów. Trzeba mu oddać, że był drugim najważniejszym architektem sukcesu Juve w tym meczu, zaraz po Cristiano Ronaldo. Teraz grał więcej, bo 2206 minut, lecz słychać było głosy, że powinien jeszcze częściej być na murawie, nawet kosztem zabrania jakiejś ilości czasu świetnie dysponowanemu wtedy Mario Mandżukiciowi. Statystyki na koniec sezonu były podobne do tych, którymi Włoch zamykał sezon 17/18. 39 występów, 3 bramki, 6 asyst. Nie było tragedii, ale chyba można było wymagać więcej, prawda?

Nobody will say it, but he was better than Ronaldo - BeSoccer

Najgorszy czas

Omówiliśmy zatem pokrótce ten niezły okres dla Bernardeschiego w Juventusie, a to oznacza, że to czas przejść do tych mniej przyjemnych dla samego zawodnika tematów. Te kwestie trzeba opisać lepiej, aniżeli poprzednie, ponieważ będzie nam to potrzebne do końcowych rozmyślań na temat powodów sytuacji, w której znalazł się opisywany gracz. Poszczególne spotkania były dla niego zawiłe, więc będą one przywoływane. Sezon 19/20, bo o nim teraz będziemy rozmawiać, to totalna klapa w jego wykonaniu. Bez wątpienia czas jego trwania to coś, o czym będą chcieli zapomnieć i kibice, i sam Berna. Zaczynając jednak od początku, należy przypomnieć, że wtedy do klubu przybył Maurizio Sarri. Przed startem zmagań ligowych, wszyscy, zaczynając od sztabu i trenera, a kończąc na zarządzie, wiedzieli, że to najwyższy czas na zaprezentowanie najwyższych umiejętności Fede. Trener postanowił przydzielić mu nową rolę na boisku. Zważywszy na to, że było to przesunięcie na pozycję trequartisty, można było nazwać ten ruch mocno eksperymentalnym. Jak szybko zaczęło się okazywać, eksperyment się nie udał.

Już w pierwszych tygodniach sezonu było widać, że zawodnik na tej pozycji sobie nie radzi. Brak miejsca na dłuższe wypuszczenie piłki i rajd to zdecydowanie nie były warunki, w których mógł się pokazać. Dobrym zwizualizowaniem jego poziomu gry w tamtym okresie jest sytuacja z meczu z Lecce, kiedy to nie trafił do pustej bramki. Do końca rundy jesiennej Bernardeschi grał w miarę regularnie, lecz niestety oczekiwane przełamanie nie nadeszło, a jego forma nieustannie szła w dół. Poza bramką z Bayerem Leverkusen, ciężko szukać jakichkolwiek pozytywnych sygnałów z tych miesięcy.

Gdy piłkarze Juventusu rozpoczęli rundę wiosenną, jasnym było, że zaufanie szkoleniowca do Bernardeschiego zostało mocno nadszarpnięte i nie będzie dostawał już tak wielu okazji do gry. Przed przerwą spowodowaną pandemią, zdążył zagrać 58 minut. Był też przez jakiś czas kontuzjowany, co wykluczyło go z trzech spotkań. W czasie lockdownu gazety miały dużo czasu na spekulacje związane z osobą Bernardeschiego. Zdecydowanie przeważały doniesienia o tym, że Juventus nie wiąże z nim planów i spróbuje sprzedać go w czasie letniego okienka transferowego. Już prawie nikt nie wierzył, że 26-latek stanie się dla klubu tym, kim miał być, gdy przychodził do niego trzy lata temu.

Nie można jednak powiedzieć, że ten sezon był nieustającym pasmem tragicznych spotkań, bo był moment, w którym kibice znowu przypomnieli sobie o umiejętnościach Federico. Było to zaraz po wznowieniu rozgrywek ligowych, kiedy to Juventus mierzył się z drużyną Bolonii na wyjeździe. Bernardeschi wyszedł wtedy w wyjściowym składzie, a swoją obecność naznaczył urodziwą asystą przy bramce Dybali. Na boisku pełnił wtedy inną rolę niż przed zawieszeniem sezonu, co tylko potwierdza teorię o nieprzystosowaniu zawodnika do gry na pozycji trequartisty. Wielu kibiców uważa, że był to jego drugi najbardziej udany mecz w barwach Juve. Następny mecz bianconerich był starciem z Lecce, gdzie Włoch ponownie grał od początku i zaprezentował się naprawdę przyzwoicie, choć gazety zgodnie przyznały, że w tym meczu było dużo mniej Berny, niż kilka dni wcześniej.

Niestety, lecz w tym momencie trzeba zakończyć temat dobrej gry tego piłkarza po lockodownie. Przychodziły następne mecze, w których Bernardeschi grał tak, jak nas do tego przyzwyczaił podczas tego sezonu. Ostatecznie Juventus wygrał ligę, a w meczu z Sampdorią, w którym to ekipa Sarriego pieczętowała tytuł mistrzowski, były piłkarz Fiorentiny zdobył bramkę, lecz nie przykryła ona dosyć słabego występu w tej potyczce. Ostatnim dla Berny i całego Juventusu meczem w tym sezonie było rewanżowe starcie z OL w 1/8 Ligi Mistrzów, przed którym niektórzy stawiali dosyć pobożne życzenia i chcieli, aby bohater rewanżu z poprzedniej edycji, zagrał tak świetnie również i tego dnia. Co ciekawe, był on bliski napoczęcia Lyonu, kiedy to minął kilku przeciwników w polu karnym włącznie z bramkarzem, ale w ostatniej chwili piłkę wybił Marcelo. Potem Włoch zanotował jeszcze asystę przy drugiej bramce Ronaldo, lecz to nie wystarczyło. Juve z Ligi Mistrzów odpadło, a statystyki Fede na koniec sezonu prezentowały się następująco: 38 meczów (1971 minut), 2 bramki, 3 asysty. Nie bójmy się tego słowa. Tragicznie.

Ostatnia szansa

Zarząd po mocno przeciętnym sezonie zwolnił Sarriego, a na jego następcę szybko mianowano Andreę Pirlo, czyli totalnego nowicjusza w zawodzie trenerskim. Nowy szkoleniowiec miał być szansą na odbudowę Bernardeschiego, a nawet pojawiały się informacje, jakoby miał on widzieć w zawodniku ogromne możliwości i za wszelką cenę spróbować odzyskać jego najlepszą wersję. Nowy sezon nie zaczął się dla niego dobrze, gdyż uraz wykluczył go z trzech pierwszych meczów w lidze. Oznaczało to, że powróci on dopiero na mecz z Crotone. I mimo nowego trenera i optymalnie odpowiedniej roli na boisku, pierwsze mecze Fede wyglądały źle. Zwłaszcza w Lidze Mistrzów, ponieważ najpierw sprokurował rzut karny w ostatnich minutach meczu z Barceloną, a potem pośrednio przez jego błąd padła bramka dla Ferencvaros. W Serie A zaś nie wyróżniał się w zasadzie niczym, poza oczywiście spotkaniem z Cagliari, gdzie był jednym z lepszych na boisku. Może jeszcze warto wspomnieć o meczu z Parmą, w którym zanotował asystę. Naturalnie, sprawa tego sezonu jest cały czas otwarta i słaby początek wciąż może zostać przykryty przez lepszą drugą część sezonu. Wszystko w nogach Federico. Na ten moment jego statystyki prezentują się tak: 14 meczów (349 minut), 0 bramek, 1 asysta.

Dlaczego tak wygląda gra Bernardeschiego?

Już tyle zostało powiedziane o jego słabej dyspozycji utrzymującej się od dłuższego czasu, lecz trzeba zadać podstawowe pytanie. Dlaczego? Co się stało z tym wspaniałym dzieckiem włoskiej piłki, czarującym w Fiorentinie? Nie bez powodu w artykule o ItalJuve stwierdziłem, że jego dziwna kariera zasługuje na oddzielny artykuł. Nie da się przecież zapomnieć jak się gra w piłkę. Nie da się tak bardzo cofnąć się pod względem umiejętności.

Eksperci, byli piłkarze, a czasami także zwykli szarzy kibice. Bardzo wiele osób debatuje nad czynnikami, które spowodowały tak wielki zjazd Włocha.

I my też spróbujmy na to odpowiedzieć. Najczęściej wymienia się aspekt mentalny. Federico być może ma ogromne umiejętności, lecz te mogą być tłumione przez problemy psychiczne zawodnika. Presja, oczekiwania, życie prywatne. Może w którejś z tych trzech płaszczyzn leży problem, który dręczy zawodnika już od dawna? Spekulacje na ten temat może potęgować zjawisko, które mogliśmy zaobserwować po ostatnich dwóch bramkach strzelonych przez piłkarza Juventusu. Mówię tu o golach, które padały w spotkaniach Juventus – Sampdoria i Włochy – Estonia. W obu sytuacjach, kiedy Bernardeschi pakował piłkę do bramki, celebrował to bardzo głośnym krzykiem. Krzykiem ulgi. Po spotkaniu reprezentacji, głos w tej sprawie zabrał Claudio Marchisio, gdzie stwierdził, że „należy podkreślić krzyk Bernardeschiego po strzelonej bramce, gdyż oznacza to, że wyrzucił coś z siebie w tak trudnym momencie”. Co jeżeli faktycznie blokada psychiczna i przygnębienie Federico z powodu słabej jak dotąd gry w Juve powodują, że nie możemy ujrzeć jego gry z czasów Fiorentiny? Można jeszcze wysnuć teorię, że po fali krytyki po rundzie jesiennej w sezonie 19/20, Włoch nawet po powrocie na swoją pozycję nie mógł złapać na dłużej formy właśnie z powodu blokady psychicznej. Nie sposób nie zauważyć, że stracił pewność siebie i już w zasadzie nie wchodzi w pojedynki z rywalami. W zasadzie prawie wszystkie punkty zaczepienia prowadzą do aspektu mentalności. Można też odnieść wrażenie, że żaden trener nie postawił na niego w pełni i zawsze krążył między ławką a boiskiem.

Z pewnością piłkarz mógł też dosyć brutalnie odczuć zmianę pozycji w hierarchii w drużynie po zmianie klubu. Mimo młodego wieku, był on jednym ze zdecydowanych liderów zespołu Fiorentiny. Jego status w szatni diametralnie zmienił się po podpisaniu kontraktu z Juventusem. Na pewno spodziewał się tego, choć doskonale wiedział, że może szybko stać się jedną ważniejszych postaci. Świadczyć mogą o tym plotki, mówiące, że zaraz po przyjściu miał ubiegać się o otrzymanie numeru 10 (ale wiadomo, że należy podchodzić do tych informacji z odpowiednim dystansem). I oczywiście było to możliwe, lecz obecnie Berna jest bliżej opuszczenia drużyny, niż bycia jej liderem.

I w zasadzie niewiele więcej da się powiedzieć. Przypadek Bernardeschiego jest o tyle specyficzny, że patrząc na niego możemy mieć odczucie, że stracił wszystkie swoje atuty. Ociężałość, brak przyspieszenia, rozkalibrowany celownik. To coś, co może wykraczać poza domniemane problemy psychiczne. Gdybyśmy chcieli podsumować ostatnie akapity, trzeba wyróżnić kilka faktów. Gigantyczny regres Federico może być spowodowany przez szeroko pojęty aspekt mentalny. Potwierdzać takową tezę mogą podane wyżej fakty, tj. m.in. reakcje na strzelone bramki i utrata pewności siebie. Być może wyjaśnienie problemu opisywanego w artykule jest kompletnie inne i albo kiedyś je poznamy, albo już zawsze pozostanie nam rozmyślanie nad tym. Jednego chyba możemy być pewni. Fede to piłkarz o ogromnych umiejętnościach i nie ma możliwości, że z sezonu na sezon zapomniał jak gra się w piłkę. Musi być tego przyczyna. Od siebie powiem tylko, że wierzę w niego i mimo wszystkich ekscesów, jest w stanie prezentować wysoki poziom. Nawet jeżeli nie miałby być on taki, jak w Fiorentinie.

Jeżeli doceniasz naszą pracę i chcesz dołożyć się do rozwoju strony, to zapraszamy do wsparcia na Patronite. Za każde wsparcie z góry bardzo dziękujemy!

Komentarze